poniedziałek, 5 stycznia 2015

Część trzecia

Obudziłam się w swoim łóżku. Palcami musnęłam kołdrę i zamknęłam ponownie oczy rozkoszując się lenistwem. Jednak i to nie trwało długo.
- MAGGIE! WSTAWAJ, SZKODA DNIA! - ktoś głośno krzycząc zaczął skakać po moim łóżku. Zrzuciłam kołdrę z siebie i usiadłam na łóżku.
- Wstałaaam... - oznajmiłam ochrypłym głosem przecierając oczy i dopiero teraz zobaczyłam Livię, przestała śpiewać.
- Dzisiaj idziemy na zakupy, kochana! Rusz się! - wyszła z pokoju. 
- Oooo... - westchnęłam i znów się położyłam.
Tak bardzo mi się nie chciało. Nagle poczułam, że burczy mi w brzuchu. No tak, od razu jak obejrzałyśmy dom, legnęłam na łóżko i zasnęłam. Przeturlałam się na drugi koniec łóżka. Wysunęłam stopę i położyłam ją na podłodze. Była zimna. Teraz dopiero poczułam falę chłodu wylaniając się z poza ciepłego materiału. Podskakując z nogi na nogę zbiegłam po schodach. Liv siedziała w salono - kuchni na kanapie czytając jakiś magazyn.
- Ej, co tak zimno? - spytałam dygocząc w progu. 
Wstała z kanapy. No tak, ona miała dlugą pidżamę, z ja spałam w krótkich spodenkach i podkoszulku.
- Kurde, nie włączyłyśmy ogrzewania! - wybiegła z pokoju. 
Otuliłam się w jakiś koc i usiadłam na kanapie w salonie Liv. 
Kiedyś był to jej dom. Rodzice, oczekując nienarodzonej jeszcze Liv, wyprowadzili się do Irlandii i zostawili dom, myśląc, że Liv kiedyś tam zamieszka. Było tu więc dość dużo zostawionych rzeczy takich jak na przykład koce, prześcieradła, obrusy, poduszki i takie tam. 
- Kaloryfery opanowane. Wodę tylko włączyć... - przeszła w około pokoju i znowu wyszła. 
- Masz kapcie? - zapytałam głośnym tonem.
- Tak - wychyliła się - w czarnej walizce gdzieś na wierzchu...
- Dzięki! - pobiegłam do sypialni dalej otulona kocem nie zważając na zimną podłogę.
Dopadłam czarną walizkę i zaczęłam w niej grzebać. Wyciągnęlam z niej parę kapci - króliczków.
- Ooo... jakie słodkie...
Założyłam je i weszłam do łazienki gdzie grzebała Liv. Spojrzała na mnie i wybuchła śmiechem.
- Mogę je zatrzymać...? - poprosiłam z uśmiechem.
- Tak, pod warunkiem, że ja dostnę kapcie - kotki! - nie przestawała się śmiać.
Poprawiłam koc spoczywający namoich ramionach i udałam się do swojej łazienki.
- Udało się! Możesz się umyć! - zawołała z dołu.
Napuściłam wody do wanny i zatopiłam się w niej po uszy. Nie miałam szamponu, więc po prostu spłukałam włosy wodą. Gdy byłam już ubrana w legginsy i jeansową koszulę zrobiłam sobie " turban " na głowie i zaczęłam grzebać w torbie za suszarką. Gdy ją znalazłam, zaczęłam suszyć białe jak śnieg włosy. Gdy były suche, przyjrzałam się im krytycznie. W 10 minut doprowadziłam je do stanu " normal " i zrobiłam makijaż. 
- To co, idziemy? - krzyknęłam zbiegając po schodach i równocześnie ubierając płaszcz. 
- Momencik! 
Sprawdziłam jeszcze czy mam dokumenty i portfel. Wyciągnęłam mojego iPhone'a. Miałam 1 wiadomość z wczoraj, od mamy: 
" Zadzwoń jak będziesz mogła, dobranoc "
Kliknęłam ma zieloną słuchawkę. Po trzech sygnałach odezwał się znajomy głos: 
" No nareszcie! Martwiłam się! "
- Byłam zmęczona i zapomniałam zadzwonić, wybacz.
" I jak ci się podoba? "
- Cudownie! Mam własne piętro, Liv mieszka na dole. Mamy po trzy duże pokoje, więc nie musisz się martwić.
" To świetnie. Nie przeszkadzam ci? "
- Nie, idziemy na miasto. 
" Wyślę ci kilka rzeczy... "
- Nie musisz, mamo...
" Jakieś koce, prześcieradła, obrusy, zasłony...
- Postaram się kupić coś dzisiaj...
" Przyślę coś. Muszę wracać do pracy, kocham cię!
- Cześć, mamo - rozłączyłam się.
Livia wychodziła właśnie z łazienki. Miała na sobie jeansy i białą bluzkę z napisem " I love cookies ". 
- Co u mamy? - zapytała ubierając buty. 
- Nawet się nie spytałam... - przypomniałam sobie o butach i założyłam moje białe martensy.
- I żeby to znowu nie trwało 5 godzin tak jak ostatnio! - ostrzegła wkładając podobny płaszcz do mojego.
- Nie lubisz zakupów ze mną...? - zrobiłam minę typu " kotek z Shreka ". 
- Jasne, że lubię! - zamknęła dom i wzięła mnie pod ramię.
Ruszyłyśmy chodnikiem. Gdy zobaczyłam restaurację, nie mogłam się powstrzymać.
- Shopping uważam za otwarty! - krzyknęłam biegnąc w stronę restauracji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz