- Dobra, gdzie teraz? - zapytałam rozglądając się po cudownym Londynie.
Podziwiałam zdobione latarnie, czerwone autobusy ciągle kursujące po ruchliwych drogach i wtedy dopiero poczułam magię tego pięknego miasta.
- Eee... - mruknęła Liv próbując czytać kartkę z adresem naszego domu i wybudzając mnie z zamyśleń.
- Och... daj mi tą kartkę - wyrwałam jej z rąk kawałek papieru.
- Qu..ie...t... str...eet... 9... Quiet street 9 - przeczytałam mrużąc oczy.
Liv wyciągnęła mapę i przyjrzała się jej dokładnie.
- Jesteśmy tu... - wskazała palcem Word Street. - Czyli około dziesięć minut autobusem i jesteśmy...
Podeszłam do rozkładu jazdy i zaczęłam studiować godziny kursów do Quiet Street.
- Jedzie dopiero o 18.00... super, za pół godziny... - założyłam ręce.
Stałyśmy tak przystępując z nogi na nogę bo robiło się chłodniej.
- Chodź do jakiejś knajpy... głodna jestem... - marudziła Liv.
- Dobra ... - westchnęłam i przelotnie spojrzałam na zegar sojący przy przystanku. - Mamy dwadzieści pięć minut... bierzemy bagaże i lecimy się nażreć...
***
Weszłyśmy do McDonalda wyglądając jak wielkie podróżniczki. Liv miała na plecach wielki plecak a w obu rękach wypchane po brzegi torby. Ja natoniast miałam dwie torby przewieszone przez ramiona i ogromny plecak na plecach, który z kolei bardzo mnie obciążał. Kolejka w tych godzinach stopniowo malała.
- Stań w kolejce, prooooszę! - Liv zrobiła minę szczeniaka.
- Ok... - wywróciłam oczami.
Dziewczyna wzięła ode mnie bagaże i zniknęła w tłumie. Po chwili wróciła mówiąc:
- Frytki, Coca - Cola i sałatka!
I znowu zniknęła w tłumie, a przede mną była tylko jedna osoba.
- Nie, ten zestaw miał być WEGETARIAŃSKI! Nie rozumie pani?! WEGETARIAŃSKI! - zawzięcie tłumaczyła trzydziestoletnia pani wymachując rękami. Klepnęłam się otwartą ręką w czoło, bo wiedziałam, że zanim zamówię cokolwiek to minie dużo czasu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz