Tak naprawdę siedziałam już w samolocie, który właśnie startował. Wstrząsy sprawiły, że telefon prawie wyleciał mi z rąk. Kilka mniejszych turbulencji jeszcze mną wstrząsnęło i zaczęło mi dzwonić w uchu.
- Kurde... - szepnęłam.
W duchu się cieszyłam. W końcu pierwszy raz jadę do Londynu. Mam tam zamieszkać i znaleźć pracę. Cóż, chyba nie będzie tak źle.
- Boję się... - szepnęła mi do ucha Liv.
Wspominałam już, że jadę z przyjaciółką? Ma na imię Livia, ale ja nazywam ją Liv. Ma średniej długości brązowe włosy, zielone oczy i długie rzęsy. Jest jak moja starsza siostra.
- Nie martw się - położyłam dłoń na jej ramieniu.
Jej zielone oczy zabłysły.
- Dzięki - uśmiechnęła ukazując swoje białe zęby.
Odwzajemniłam uśmiech i spojrzałam na ekran telefonu.
" Jasne. My też cię kochamy. Uważaj na siebie. " - przeczytałam i mimowolnie się uśmiechnęłam na widok zdjęcia mojej mamy wysłanego w załączniku.
Miała piękne czarne włosy do pasa, piwne oczy i różowe policzki.
" Nie potrafisz robić selfie, mamo, ale I tak cię kocham :* " - odpisałam.
- Selfie z samolotu? - zaproponowałam.
Liv pokiwała głową i zrobiłyśmy zdjęcie. Widniały na niej dwie twarze - uśmiechnięta Liv z wywalonym językiem i ja, jasnowłosa, blada, ale uśmiechnięta Maggie.
---

---