sobota, 10 stycznia 2015

Część czwarta

- O mamo... nogi mnie bolą... - marudziła Liv.
Szła po chodniku obładowana torbami. Ja też nie wyglądałam lepiej.
- Ja niosę zestaw talerzy, więc nie marudź... 
- Jest! - ucieszyła się, gdy byłyśmy blisko domu.
Chwiejnym krokiem doszłyśmy do drzwi i położylyśmy wszystko w holu. Obie od razu usiadłyśmy na kanapie.
- Matko... ile nas nie było? - zapytałam zdyszana.
Moja współlokatorka wyciągnęła telefon.
- 5 godzin... wiedziałam, że tak będzie... - zwrócila twarz w moją stronę.
Przytuliłam ją. 
- Fajnie się mamy, nie? - zapytałam.
- Nooo... szczerze, myślałam, że to będzie jakaś rudera bez kanalizacji...
- E tam... teraz najważniejsze... 
- Co?
- Pra...
- TRALALALALA! - przerwałam mi.
- Jak będziemy zarabiać? Utrzymanie takiego domu nie będzie łatwe...
- Wiem, ale...
Moje spojrzenie sprawiło, że nie dokończyła zdania. Westchnęła tylko.
- Idę spać. Dobranoc... - mruknęła udając się do sypialni.
- Do jutra... - udałam się do swojej.
Oparłam się o parapet okna w sypialni. Piękny widok, a w dodatku deszcz. Ślicznie. Dłonią przejechałam po lodowatej szybie. 
" To dopiero początek, Mag. " - usłyszałam głos w mojej głowie.
Udałam się do łazienki w celu zmycia makijażu. Opłukałam twarz wodą. Ubrałam się w pidżamę i po chwili juź zasypiałam w moim łóżku z myślą: 
" To dopiero początek, Maggie. " 
*** 
- Maaag... Maaag... - coś mną szturchało.
Otworzyłam leniwie jedno oko przecierając je.
- Co się stało...? - wydałam z siebie ten ochrypły, poranny głos.
- Mam dla ciebie wiadomość... 
- Jaką..? 
- Wiem, że chciałaś znaleźć pracę...
- No...?
- Znalazłam nam pracę! 
Natychmiast usiadłam na łóźku.
- Gdzie?!
- W tej restauracji, gdzie wczoraj byłyśmy.
- To świetnie! - przytuliłam ją.
- Tylko jest jeszcze jedna sprawa... - spuściła głowę - Zaczynamy... eee... to znaczy... wiesz...
Zaczęłam się niepokoić.
- Przeszkadzało by ci, gdybyś musiała pracować od dzisiaj...? 
- Mamy pół godziny! - krzyknęłam biegnąc do łazienki.
*** 
- Ledwo co się dzisiaj przez ciebie wyrobiłam! 
- Sorry... wiesz jak to jest...
- Dobra... jesteś głodna? 
- Nie za bardzo...
- No tak. Ja nie jadłam śniadania.
- Oj, nie gniewaj się. 
Wracałyśmy z pracy. Restauracja wyjątkowo chętnie przyjmowała nowych pracowników. Szef był miły i oprowadził nas po lokalu. Później poznałyśmy pracowników. Nie było źle.
- Ja idę coś zjeść. Ty idź do domu, ok? 
- Ale na pewno się nie gniewasz...? 
- Na pewno! - przytuliłam ją.
- Jakby co to dzisiaj przychodzi moja kuzynka.
- Mieszka tu? - zapytałam bezsensownie, przecież nie jechałaby z Irlandii do Londynu.
- Nie, wcale. 
- Zaraz umrę z głodu, lecę! - skręciłam w prawo, a Liv w lewo w stronę naszego domu.
- Pa! - pomachała mi.
Za niecałe 10 minut byłam u drzwi McDonalda.
- Ach... jak ja kocham jeść... - powiedziałam sama do siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz